Cieszy, że sprawa Kataryny trafia do głównego nurtu. Cieszy, że np. Rafał Ziemkiewicz podjął temat na swoim blogu - zdawkowo, lecz rzeczowo i oddając istotę rzeczy z właściwą sobie celnością.

Sprawą nie do zbagatelizowania jest "List otwarty do obrońców Kataryny" Roberta Krasowskiego, bez wątpienia należącego do naczelnych "Dziennika". To jednak nie tylko stek agresywnych inwektyw, który byłby może i zrozumiały, gdyby pojawił się spontanicznie, wypsnął się podczas awantury w której do głosu dochodzą emocje, a rozum śpi. Rozpoczęcie słowami "Pocałujcie mnie w dupę" to przedsmak (o ile ma to coś wspólnego ze smakiem) "listu" pisanego długopisem dotkniętym najprawdopodobniej ciężką grypą żołądkową. Nie to jednak jest w "liście" istotne.

Co w liście jest istotne? Odwracanie uwagi od meritum, od samej sprawy Kataryny, dyskredytowanie "obrońców Kataryny" argumentami ad personam. "Kim wy jesteście", "co osiągnęliście" - ma wmówić czytelnikom, że prawo do krytyki (ja tu nie chcę bronić wulgarnej czy niemerytorycznej krytyki, tylko pewnej zasady) mają tylko zasłużeni, z osiągnięciami. Redaktor pisze "Wymieńcie jeden Wasz sukces, jedną ranę, która zadaliście elitom, których tak nie znosicie", jednak zapomina nadmienić, w jakich okolicznościach nabył mandat do takiego rozliczania swoich oponentów, do ustalenia zasady w której jedynie określony życiorys (dokonanie) uprawnia do formułowania krytyki. Redaktor nie szczędzi słów pogardy, wgniatając w błoto adresatów "listu" inwektywami ("debile", "nieloty", "tchórzliwi kolaboranci", ...). Redaktor obraził się za kloaczną krytykę i odpowiedział na nią kloacznym językiem. Brawurowo, bo pod nazwiskiem skompromitował się prostackim zachowaniem w oczach wszystkich czytelników odpowiadając nielicznym (jak pisze dopiero w postscriputm, długo po "pocałujcie mnie w dupę") tym internautom, którzy wytrącili go najwyraźniej z równowagi. Przekładając to na życie codzienne - wdał się w dyskusję  pijakiem w autobusie; pijak go obrzygał, więc on pijaka też - i teraz rozgląda się po pasażerach szukając wyrazów uznania, jaki to z niego chwat.

To wszystko niemal pozwala przegapić jeden niewielki akapit. Zacytuję go w całości:

"Na koniec kwestia Kataryny. DZIENNIK nie chciał jej wystawić władzy. Wiecie dobrze, że sama Kataryna powiedziała, że jeśli Czuma się zgłosi, to ona się ujawni i stanie przed sądem. Macie pretensję, że szantażowaliśmy Katarynę, ale prawda jest taka że wysłaliśmy jej informację o tym, że wiemy kim jest i chcemy pogadać. Dla "Lucusiów" to koniec świata, ale drodzy bohaterowie, tak właśnie wygląda prawdziwe dziennikarstwo. Tak się namawia ludzi do przekazywania informacji."

1. Dziennik nie chciał wystawić Kataryny władzy. Ale wystawił.

2. Kataryna powiedziała, że jeśli Czuma się zgłosi, to ona się ujawni. Sama się. Nie Dziennik. O kant potłuc takie tłumaczenia.

3. Usprawiedliwianie się tym, że "tak wygląda prawdziwe dziennikarstwo"brzmi w tym kontekscie mniej więcej tak samo, jak "tak się właśnie kradnie samochody". Jest to typowa, choć absurdalna manipulacja polegająca na usprawiedliwieniu pojedynczego przypadku stwierdzeniem, że de facto jest to stały proceder (czyli niby reguła, ustalona zasada, ergo - coś prawego i sprawiedliwego, bo usankcjonowanego przecież tradycją).

4. "Tak się namawia ludzi do przekazywania informacji."To ja zapytam - jakie informacje miała Dziennikowi przekazać Kataryna? Bo zdaje się, że Dziennik chciał Ją namówić do współpracy.

W każdym razie chciałbym, żeby zapamiętano, że Dziennik, ustami swego Naczelnego przyznał, że jedną z jego metod pozyskiwania informacji jest szantaż. Nie jeden przypadek szantażu, lecz całe Dziennikowe prawdziwe dziennikarstwo.